Przez kilka ostatnich dni towarzyszą mi rozważania na temat własnego podejścia do matczynej rany we mnie. Relacja matka-córka w moim przypadku była więcej niż zaburzona. W dorosłe życie weszłam ze smutnym przekonaniem, że matka właściwie mnie nie kochała. Nie, nie była tyranką, nie biła mnie, nie stosowała jakiegoś terroru, ale przez całkowite skoncentrowanie się na własnych problemach i niepowodzeniach, nie zauważała mnie. To, co od niej otrzymywałam, to było machinalne spełnianie podstawowych obowiązków matki wobec dziecka, ale niewiele ekstra. Szczególnie odczułam to w wieku nastoletnim. O ile moja mała Wewnętrzna Dziewczynka dość szybko do mnie przylgnęła, stała się radosna i ufna, to Wewnętrzna Nastolatka jawiła mi się jako niema istota, która nic sobą nie pokazywała, leżała na łóżku nieruchomo i sama nie wiedziała, czego chce. Niby się w nią wczuwałam, ale do niczego to nie doprowadzało.
Temat matka-córka teoretycznie mnie nie boli. Wiem, jak było, przyjęłam to do wiadomości 20 lat temu, było wkurzenie, smutek, łzy, wypisywanie się na kartkach pamiętnika, było też poczucie krzywdy. Otoczyłam się murem ochronnym, tym bardziej potrzebnym, że mieszkamy pod jednym dachem (choć na szczęście każda osobno), a ona do swojej świadomości nic nowego przyjąć nie chce. Postawiłam więc pewne granice, za które jej nie wpuszczam, ani przez nie nie przechodzę za daleko do niej. Jest mi to potrzebne do zachowania zdrowia psychicznego. Oczywiście fizycznie jej pomagam, gdy tego potrzebuje, ale jednak trzymam ten dystans psychiczny, nie angażuję się w jej emocje, bo ta bliskość, która sprawia, że dzielimy się swoimi odczuciami, między nami nie wytworzyła się.
Podczas wizualizacji w trakcie sesji, co czuję Ja-mała dziewczynka i Ja-nastolatka nie potrafiłam z pełnym przekonaniem mówić swojej matce słów skrzywdzonego dziecka, swoich pretensji i wyrzutów, może dlatego, że takie szczere rozmowy nigdy między nami nie występowały, właściwie teraz wpadłam na pomysł, że może naturalniej dla mnie byłoby napisać list. Nie potrafiłam też tak do końca stopić się z moją nastolatką. Dlatego też, mimo otrzymania cennych narzędzi, poczułam też zamęt.
Następnego dnia poczułam dziwną zmianę postawy ciała. Jakbym się kurczyła i chowała w sobie. Głowa schowana w ramionach, jakbym szyi nie miała, ramiona uniesione w górę, przygarbione plecy, ręce blisko tułowia. Nie jest to moja codzienna postawa. Takie dziwne skurczenie towarzyszyło mi przez dwa kolejne dni. Wczoraj zaczęłam mu się bliżej przyglądać. Zrobiłam sobie wizualizację tego, co może mnie przygniatać, było ostatnio kilka bieżących trudnych spraw. Wyobraziłam sobie je jako drewniane kołki, powbijane wzdłuż górnej części kręgosłupa, które powodowały jego wygięcie. Pozbierałam je do koszyka, spaliłam w ognisku. Pomogło na chwilę. Wkrótce znowu poczułam to przygniatanie. Włączyłam nagranie melodii tańca 5 rytmów na YT, tańczyłam strzepując napięcie z ramion, próbowałam poczuć swoją górną część tułowia, ręce, ramiona, te poblokowane sztywne części mojego ciała. Znowu było nieco lepiej, ale nie do końca. Minęło trochę czasu i znów to poczucie skurczenia się powróciło. Usiadłam w spokoju i wreszcie to poczułam. To była moja Wewnętrzna Nastolatka (względnie Młoda Dorosła) - jej zastygła poza, gdy tyle czasu przesiadywała w bezruchu, sama ze swoimi problemami. Wreszcie tak naprawdę ją poczułam i umiałam stopić się z nią w jedno. Tylko tyle i aż tyle. To mój sukces w tym tygodniu:)
