Jak na razie nie jest lepiej, raczej gorzej Mam nadzieję, że się nie cofam, a jestem tylko w innym punkcie na spirali - niby nisko, ale z szerszą perspektywą;) i jak pójdę w górę, to wyżej niż byłam. Oby.
Odkąd zaczęłam grzebać w ranie matczynej mam zjazd. Postanowiłam sobie zrobić listę skarg i zażaleń (wiadomo, że matka daje tyle, ile ma, ale nie zmienia to faktu, że dziecko odczuwa brak, nie chodzi o wszczęcie wojny, ale o uczciwe pochylenie się nad sobą i uszanowanie swoich dziecięcych potrzeb. A po ich uszanowaniu nie będę chodzić za matką i dopraszać się uczuć, ale spróbuję to sama sobie dać).
Zaczynam...
- nie dałaś mi spokojnego czasu ze mną sam na sam
- nie przytulałaś, nie całowałaś
- nie patrzyłaś na mnie z uśmiechem
- nie dałaś mi odczuć, że jestem fajna
- nie pytałaś co myślę, co czuję
- nie interesował cię mój smutek, problemy
- nie nauczyłaś, jak poruszać się w świecie
- nie pokazałaś, jak wygląda szczęśliwa kobieta
- nie pokazałaś, że trzeba o siebie dbać, o jedzenie, ciało, samopoczucie
- nie cieszyłaś się na mój widok
- nie chwaliłaś mnie
- nauczyłaś mnie ukrywać swoją naturę, wstydzić się siebie, żyć pod maską
- nie lubiłam siebie, bo nie czułam się lubiana w domu
- nie czułam się ważna, bo nie byłam ważna w domu
- czułam się nudna, bo w domu nie interesowało was, jaka jestem, nauczyłam się, że na pewno jestem jakaś "nie taka", i to co czuję, najlepiej ukryć
- nie dostałam poczucia własnej wartości
- mój głos jest stłumiony, moja siła - ? - nie wiem gdzie
poniedziałek, 29 kwietnia 2019
piątek, 15 marca 2019
Kto się tak dziwnie skurczył?
Przez kilka ostatnich dni towarzyszą mi rozważania na temat własnego podejścia do matczynej rany we mnie. Relacja matka-córka w moim przypadku była więcej niż zaburzona. W dorosłe życie weszłam ze smutnym przekonaniem, że matka właściwie mnie nie kochała. Nie, nie była tyranką, nie biła mnie, nie stosowała jakiegoś terroru, ale przez całkowite skoncentrowanie się na własnych problemach i niepowodzeniach, nie zauważała mnie. To, co od niej otrzymywałam, to było machinalne spełnianie podstawowych obowiązków matki wobec dziecka, ale niewiele ekstra. Szczególnie odczułam to w wieku nastoletnim. O ile moja mała Wewnętrzna Dziewczynka dość szybko do mnie przylgnęła, stała się radosna i ufna, to Wewnętrzna Nastolatka jawiła mi się jako niema istota, która nic sobą nie pokazywała, leżała na łóżku nieruchomo i sama nie wiedziała, czego chce. Niby się w nią wczuwałam, ale do niczego to nie doprowadzało.
Temat matka-córka teoretycznie mnie nie boli. Wiem, jak było, przyjęłam to do wiadomości 20 lat temu, było wkurzenie, smutek, łzy, wypisywanie się na kartkach pamiętnika, było też poczucie krzywdy. Otoczyłam się murem ochronnym, tym bardziej potrzebnym, że mieszkamy pod jednym dachem (choć na szczęście każda osobno), a ona do swojej świadomości nic nowego przyjąć nie chce. Postawiłam więc pewne granice, za które jej nie wpuszczam, ani przez nie nie przechodzę za daleko do niej. Jest mi to potrzebne do zachowania zdrowia psychicznego. Oczywiście fizycznie jej pomagam, gdy tego potrzebuje, ale jednak trzymam ten dystans psychiczny, nie angażuję się w jej emocje, bo ta bliskość, która sprawia, że dzielimy się swoimi odczuciami, między nami nie wytworzyła się.
Podczas wizualizacji w trakcie sesji, co czuję Ja-mała dziewczynka i Ja-nastolatka nie potrafiłam z pełnym przekonaniem mówić swojej matce słów skrzywdzonego dziecka, swoich pretensji i wyrzutów, może dlatego, że takie szczere rozmowy nigdy między nami nie występowały, właściwie teraz wpadłam na pomysł, że może naturalniej dla mnie byłoby napisać list. Nie potrafiłam też tak do końca stopić się z moją nastolatką. Dlatego też, mimo otrzymania cennych narzędzi, poczułam też zamęt.
Następnego dnia poczułam dziwną zmianę postawy ciała. Jakbym się kurczyła i chowała w sobie. Głowa schowana w ramionach, jakbym szyi nie miała, ramiona uniesione w górę, przygarbione plecy, ręce blisko tułowia. Nie jest to moja codzienna postawa. Takie dziwne skurczenie towarzyszyło mi przez dwa kolejne dni. Wczoraj zaczęłam mu się bliżej przyglądać. Zrobiłam sobie wizualizację tego, co może mnie przygniatać, było ostatnio kilka bieżących trudnych spraw. Wyobraziłam sobie je jako drewniane kołki, powbijane wzdłuż górnej części kręgosłupa, które powodowały jego wygięcie. Pozbierałam je do koszyka, spaliłam w ognisku. Pomogło na chwilę. Wkrótce znowu poczułam to przygniatanie. Włączyłam nagranie melodii tańca 5 rytmów na YT, tańczyłam strzepując napięcie z ramion, próbowałam poczuć swoją górną część tułowia, ręce, ramiona, te poblokowane sztywne części mojego ciała. Znowu było nieco lepiej, ale nie do końca. Minęło trochę czasu i znów to poczucie skurczenia się powróciło. Usiadłam w spokoju i wreszcie to poczułam. To była moja Wewnętrzna Nastolatka (względnie Młoda Dorosła) - jej zastygła poza, gdy tyle czasu przesiadywała w bezruchu, sama ze swoimi problemami. Wreszcie tak naprawdę ją poczułam i umiałam stopić się z nią w jedno. Tylko tyle i aż tyle. To mój sukces w tym tygodniu:)
piątek, 8 marca 2019
Nie opuszczaj mnie!
Jeszcze jeden przykład mnie zezłoszczonej.
Mąż wyjechał na 3-dniowe szkolenie. Zawsze, gdy gdzieś wyjeżdża na kilka dni, mam poczucie porzucenia. Zaczynam przeżywać dramat. Pytam siebie, czy to normalne? Jakieś argumenty za normalnością się znajdują: jestem zła, bo nie zawsze to ze mną uzgadnia, nie dostrzega, że mnie to porusza, z mniejszym entuzjazmem planuje nasze wspólne spędzanie czasu, i ok, to może obiektywnie świadczyć o problemach w związku. Ale ja czuję tu coś głębszego, starszego.
Z jednej strony myślę sobie, że będę miała taką wewnętrzną wolność i mogę ten weekend poświęcić sobie, i raczej powinnam uznać, że jest ok. W końcu aż tak często nie wyjeżdża.
Ale odzywa się też taka złość dziecka, które chce tupać nogami, chce strzelić focha, powiedzieć "jak możesz mnie zostawiać? ja nie chcę! nie pozwalam!"
Odzywa się też strach. Czego ja się boję? Że może się coś stać, że zostanę sama, że sobie nie poradzę.
Cofam się do dzieciństwa. Widzę siebie, Mała ma może 8, może 10 lat. Rodzice nie potrafią dojść ze sobą do porozumienia, po kilku dniach pijackiego ciągu ojca nie potrafią przejść do normalności. Ona jest obrażoną damą, on unosi się honorem i nie chce jej słuchać. Mała Dziewczynka zbyt często w tym uczestniczy. Boli ją to. Nie chce, żeby tatuś odchodził, bliżej jej do niego niż do matki, on czasem potrafi być dla niej fajny, dla niego ona jest ok, taka jaka jest. Ale zbyt często wybiera alkohol, a później znika na dzień czy dwa. Mała chyba się boi, że jak tato odejdzie zostanie jakby sama, że sobie nie da rady. Teraz też w dorosłym życiu taki lęk się odzywa, że coś się stanie dzieciom, mężowi, że tego nie udźwignę.
Zamykam oczy. Widzę znowu to lękające się dziecko. Przytulam, mówię cierpliwie: "ty nie musisz się bać, że ktoś znowu odchodzi, masz mnie, na zawsze, ty już się więcej o to nie musisz obawiać." Te słowa, gdy dotrą tak naprawdę, potrafią wiele zmienić. Poczułam coś na kształt spokoju. Mam nadzieję, że czeka mnie udany weekend.
Mąż wyjechał na 3-dniowe szkolenie. Zawsze, gdy gdzieś wyjeżdża na kilka dni, mam poczucie porzucenia. Zaczynam przeżywać dramat. Pytam siebie, czy to normalne? Jakieś argumenty za normalnością się znajdują: jestem zła, bo nie zawsze to ze mną uzgadnia, nie dostrzega, że mnie to porusza, z mniejszym entuzjazmem planuje nasze wspólne spędzanie czasu, i ok, to może obiektywnie świadczyć o problemach w związku. Ale ja czuję tu coś głębszego, starszego.
Z jednej strony myślę sobie, że będę miała taką wewnętrzną wolność i mogę ten weekend poświęcić sobie, i raczej powinnam uznać, że jest ok. W końcu aż tak często nie wyjeżdża.
Ale odzywa się też taka złość dziecka, które chce tupać nogami, chce strzelić focha, powiedzieć "jak możesz mnie zostawiać? ja nie chcę! nie pozwalam!"
Odzywa się też strach. Czego ja się boję? Że może się coś stać, że zostanę sama, że sobie nie poradzę.
Cofam się do dzieciństwa. Widzę siebie, Mała ma może 8, może 10 lat. Rodzice nie potrafią dojść ze sobą do porozumienia, po kilku dniach pijackiego ciągu ojca nie potrafią przejść do normalności. Ona jest obrażoną damą, on unosi się honorem i nie chce jej słuchać. Mała Dziewczynka zbyt często w tym uczestniczy. Boli ją to. Nie chce, żeby tatuś odchodził, bliżej jej do niego niż do matki, on czasem potrafi być dla niej fajny, dla niego ona jest ok, taka jaka jest. Ale zbyt często wybiera alkohol, a później znika na dzień czy dwa. Mała chyba się boi, że jak tato odejdzie zostanie jakby sama, że sobie nie da rady. Teraz też w dorosłym życiu taki lęk się odzywa, że coś się stanie dzieciom, mężowi, że tego nie udźwignę.
Zamykam oczy. Widzę znowu to lękające się dziecko. Przytulam, mówię cierpliwie: "ty nie musisz się bać, że ktoś znowu odchodzi, masz mnie, na zawsze, ty już się więcej o to nie musisz obawiać." Te słowa, gdy dotrą tak naprawdę, potrafią wiele zmienić. Poczułam coś na kształt spokoju. Mam nadzieję, że czeka mnie udany weekend.
Kiedy zgubiłam swoje marzenia?
Jestem wkurzona. Wszyscy z grupy warsztatowej, w której uczestniczę, coś tworzą, idą naprzód, a ja, mimo ogólnego podniesienia poziomu energii, nadal nie wiem co robić, boję się zacząć. Moja Wewnętrzna Dziewczynka radosna i zadowolona biega w podskokach. Za to Wewnętrzna Nastolatka jest apatyczna i niezadowolona. Wyczuwam w niej jakąś pretensję, że ja miałam ten potencjał, radość, byłam kolorowym radosnym dzieckiem, do pewnego czasu wierzyłam, że czeka mnie coś wielkiego, że wszystko jest możliwe. W dziecięcej głowie miałam marzenia, że będę naukowcem albo pisarką itp. Z entuzjazmem wchodziłam w różne kreatywne zajęcia - pisanie, rysowanie, szydełko, poezja, książki - dużo tego było.
A później nagle w mojej głowie staję się apatyczną nastolatką, bez wiary w siebie, z bardzo zaniżonym poczuciem własnej wartości. Ja- nastolatka, ja - młoda dorosła już nie potrafię uwierzyć, że coś osiągnę, że zasługuję na miłość, na lepsze życie.
Czasami przychodzi takie poczucie, że jestem oszustką. Że mamię tą wrażliwą część siebie, że znowu będę na fali, a to tylko bajki, jakie sobie już kiedyś opowiadałam. Tak w głębi boję się uwierzyć, boję się poczuć znowu rozczarowanie sobą. Skąd ono pochodzi? Czy jest moje? Może to wynik tego, że moja matka ciągle patrzyła na mnie z niezadowoloną miną, może to jej?
Byłam najmłodsza, nieplanowana, a i czuję, że niezbyt przez nią chciana. Ona sama ze sobą nie umiała sobie radzić, spotykały ją ponure scenariusze. To nie ta droga, na której chciałabym pozostać. Moja droga jest wprawdzie nieco inna, ale leży jak na razie nie aż tak daleko.
To nie wina tej kochanej radosnej Dziewczynki, że jej matka nie umiała przyjąć prezentu od losu, będę jej o tym przypominać jeszcze nie raz. Właściwie mogę powiedzieć, że nawiązany kontakt z Wewnętrznym Dzieckiem już procentuje. W swojej chandrze nie spadam już na samo dno, a jeśli nawet jest dość nisko, to nie długo. Mam tę moc:) różne deficyty mogę sama sobie wyrównać, to że nie dano mi należytej uwagi dawno temu, nie oznacza że muszę ten brak nosić na swoich barkach, ja sama tak wiele mogę sobie dać.
Bo każdy wątek musi mieć swój początek:)
Po co mi to?
Sama jeszcze właściwie nie wiem. Zawsze coś musi mieć jakiś początek, więc niech ten blog będzie moim nowym początkiem.
Dziś jestem w trochę strasznym dla mnie miejscu. Mam już swoje lata - 42 prawie - a chcę dopiero rozpocząć swoje dorosłe, szczęśliwe życie, chcę stać się kobietą spełnioną, ze swoimi pasjami i swoimi finansami, które pozwolą dobrze żyć. Można by powiedzieć, że w okres dorastania wkraczam razem ze swoimi nastoletnimi synami. Pożegnałam starą siebie, opłakałam sporo strat. Nie wiem, czy to szczęście zrealizuje się, ale wiem, że jeśli teraz zejdę ze swej drogi do niego, to nie stanę już na niej nigdy. Zawiodę swoją Wewnętrzną Dziewczynkę, która mi zaufała, zawiodę Wewnętrzną Nastolatkę, z którą ta nić zaufania dopiero się tka. Mogę się przewracać, mogę trochę poleżeć, popłakać, ale nie stać mnie już na to, aby zawieść samą siebie.
Postanowiłam, że idę.
Subskrybuj:
Posty (Atom)
